„Umrzeć ze śmiechu”, czyli premiera nowego teatru [RECENZJA]

Data publikacji: 24.05.2018 14:43 / Data aktualizacji: 26.05.2018 21:06
Kategoria: Kultura /Źródło: Mateusz Kaczmarczyk
Próba medialna spektaklu

Próba medialna spektaklu "Umrzeć ze śmiechu" grupy teatralnej TeTaTeT w Sali Kongresowej Kieleckiego Centrum Biznesu
Kielce. 24.05.2018 / Fot. Marzena Mąkosa / Radio Kielce

Sztuka „Umrzeć ze śmiechu” zadebiutowała w budynku kieleckiego Centrum Biznesu. Spektakl spotkał się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem ze strony widzów. Nieustające salwy śmiechu przerywane były burzami oklasków.

Współzałożyciel teatru i zarazem reżyser sztuki, Mirosław Bieliński nie krył radości z tak licznego przybycia kielczan na premierę i tak pozytywnego odbioru spektaklu. Jak mówił, jego wyreżyserowanie nie było łatwe, ale dało mu wiele satysfakcji. Zapowiedział również, że następne przedstawienie, również komediowe, zostanie wystawiony na deskach teatralnych już w listopadzie - mówi reżyser.

Na premierze obecny był prezydent Kielc Wojciech Lubawski, który pomógł finansowo w utworzeniu teatru. - Bardzo dobrze, że powstał on w naszym mieście. Ludzie chcą bawić się i odpoczywać, nawet podczas wyjść kulturalnych. Przede wszystkim reżyser miał możliwość pracować nad dobrym tekstem, co przełożyło się na grę aktorską, w związku z tym zostały spełnione wszystkie oczekiwania widzów - mówił prezydent Lubawski zaraz po wyjściu ze spektaklu.

Sztuka wyjątkowo mocno przypadła do gustu widowni. Wielu widzów przyznało, że stanowi godną alternatywę dla spektakli oferowanych w Kielcach.

Teatr TeTaTeT jest niezależnym przedsięwzięciem autorstwa kieleckiego małżeństwa aktorów Teresy i Mirosława Bielińskich. Stowarzyszenie powstało w listopadzie ubiegłego roku. Z założenia teatr ma charakter komercyjny i w pełni niezależny od żadnej instytucji. Oprócz tworzenia spektakli stowarzyszenie będzie się zajmowało organizacją warsztatów i prezentacją spektakli m. in. dla osób niedosłyszących. Aktualnie założyciele poszukują miejsca na stałą siedzibę.

Recenzja sztuki "Umrzeć ze śmiechu"

Amerykański sitcom w wersji teatralnej.

„Umrzeć ze śmiechu” nawet przez moment nie próbuje udawać sztuki wysokiej, zaangażowanej, czy nawet ambitnej. I bardzo dobrze.

Debiut nowo powstałego teatru TeTaTeT okazał się być wielkim sukcesem. Widzowie spragnieni lekkiej, ale wciąż inteligentnej rozrywki opuścili budynek Kieleckiego Centrum Biznesu, tymczasowej siedziby teatru, z nieskrywanymi uśmiechami na twarzach i wyraźną ochotą na więcej. Po raz kolejny udowadnia to smutną prawdę, że polski teatr wciąż cierpi na chroniczny brak poczucia humoru i bolesny przerost ambicji.

W roli reżysera mogliśmy podziwiać kieleckiego aktora związanego z teatrem Żeromskiego, Mirosława Bielińskiego. Udowodnił też, że jak niewielu kieleckich twórców rozumie komedię, czuje dowcip i potrafi wycisnąć z tekstu absolutne sto procent. Pierwsze salwy śmiechu ze strony widowni słychać było już w pierwszej minucie trwania sztuki, następne minutę później i tak do samego końca. Nieubłagane tempo nie sprawia przy tym wrażenia wymuszonego, czego po części zasługą jest wyjątkowo udane tłumaczenie z języka angielskiego, autorstwa Bogusławy Plisz-Góral. To, w czym sztuka nie zachwyca, choć nie jest też tragicznie, to warstwa aktorska. Bohaterki zarysowane są co najwyżej poprawnie. Podejrzewam, że mogło być to spowodowane chęcią nakierowania uwagi widzów na element komediowy. Nie jest to absolutnie wadą, ale jeśli ktoś spodziewa się oscarowych kreacji, to niech przestanie.

Tekst autorstwa amerykańskiego scenopisarza, Paula Elliotta, choć napisany w 2013 roku przywodzi na myśl klasykę amerykańskiego pisarstwa sitcomowego. Natychmiastowe wprowadzenie bohaterów, przytulna, acz mocno kiczowata scenografia przywodząca na myśl serial „The Honeymooners” (lub polski odpowiednik „Miodowe lata”), niespodziewany zwrot akcji będący zarazem rdzeniem fabularnym i źródłem większości żarów, obowiązkowe nieporozumienie, a wszystko podsumowane słodkawym happy endem. Tekst sugeruje widzowi lata 50-te, złoty okres sitcomów, do tego stopnia, że okazjonalne nawiązania do Internetu, czy pojawienie się telefonu komórkowego sprawiają wrażenie fragmentów dopisanych na potrzeby uwspółcześnienia sztuki. Jest to jednak wyłącznie niewielki mankament nie rzutujący na odbiór całości.

Mimo, że formuła stara jak świat, to w wydaniu kieleckich twórców wypada wyjątkowo świeżo i naprawdę zabawnie. Szkoda tylko, że do wystawienia dobrej, inteligentnej, współczesnej komedii wciąż musimy posiłkować się zagranicznymi tekstami.

adv adv
Wiadomości
Reklama