WYWIAD NA WEEKEND. „Oscar” naszego pułkownika

Data publikacji: 20.02.2021 11:00
Autor: Monika Miller / Kategoria: Strefa munduru
Pułkownik Paweł Chabielski - komendant Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach

Pułkownik Paweł Chabielski - komendant Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach
Kielce / Fot. Radio Kielce

Buzdygany - coroczne nagrody miesięcznika "Polska Zbrojna" określane są mianem wojskowych Oscarów. Laureaci otrzymują statuetkę wzorowaną na oficerskiej buławie za to, że „twórczo zmieniają otaczającą ich rzeczywistość, przyczyniając się do rozwoju Wojska Polskiego i wzrostu obronności". Ostatnio to prestiżowe wyróżnienie otrzymał komendant kieleckiego Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych płk. Paweł Chabielski. Kapituła nagrody uhonorowała pułkownika „za budowanie więzi między wojskiem, a lokalną społecznością” a także: „za profesjonalne przygotowanie polskich żołnierzy i pracowników wojska do służby na misjach zagranicznych, za organizowanie Międzynarodowych Kursów Obserwatorów Wojskowych oraz kultywowanie tradycji Polskich Kontyngentów Wojskowych”.

O dzisiejszym rozumieniu służby wojskowej, o tym, jak być dobrym żołnierzem w zmieniającym się świecie z płk Pawłem Chabielskim rozmawia Monika Miller.

 

Czy Pana wyobrażenia o wojsku i rzeczywistość w armii jakoś do siebie pasują?

- Nigdy nie myślałem o tym, aby być żołnierzem, nie miałem takich tradycji rodzinnych. Idea zastania żołnierzem pojawiła się tak naprawdę w szkole średniej, kiedy przyszedł czas wyboru ścieżki życiowej. Jak to młodzi ludzie, dyskutowaliśmy z kolegami kto jaką uczelnię wybiera, jakie kierunki studiów itd. Posiadając dobre predyspozycje fizyczne oraz świetną kondycję, zacząłem zastanawiać się nad wstąpieniem do wojska. Oficer Wojska Polskiego od lat był dla mnie utożsamieniem etosu rycerskiego i właśnie tak sobie wyobrażałem służbę w korpusie oficerów. Wiedziałem, że służba w wojsku jest wymagająca, ale że zawsze lubiłem wyzwania, postanowiłem podjąć także i to.

Jeśli chodzi o zmianę wyobrażeń, to spotkałem na swojej drodze bardzo wielu wspaniałych żołnierzy, którzy stanowili dla mnie wzorzec oraz byli inspiracją do rozwoju i pracy nad sobą. Czerpałem z ich wiedzy i wartości, jakie ze sobą reprezentowali, a doświadczając kontaktu z nimi, mogłem kształtować swoją osobowość i żołnierski warsztat. Niestety zdarzały się także przykłady żołnierzy, którzy zawiedli mnie w prezentowanej postawie życiowej i podejściu do służby wojskowej, ale mając takie przykłady uczyłem się jakich błędów nie popełniać. Obserwowanie ludzi, kopiowanie tego co najlepsze, analizowanie błędów, wdrażanie „programów naprawczych”, pozwalało budować charakter i karierę zawodową.

 

Co spowodowało, że nie wybrał Pan innego zawodu?

- Jak już wspominałem, lubię wyzwania, a służba w wojsku stawia je każdego dnia. Z perspektywy czasu uważam, że był to najlepszy wybór, jakiego mogłem dokonać. Myślę, że gdybym wybrał inny zawód, pewnie też bym się tam odnalazł, jednakże moja wewnętrzna determinacja i wola walki doprowadziły mnie do miejsca, w którym dzisiaj się znajduję i jestem szczęśliwy.

 

Jak Pan wspomina początki kariery?

- Szkoła oficerska to chyba najważniejszy element służby, ale i życia, ponieważ to od niej wszystko się zaczęło. To początek kształtowania charakteru, starcia środowiska cywilnego z dyscypliną wojskową i wszechotaczającymi zasadami i wojskowymi regułami. Ucząc się podstaw żołnierskiego rzemiosła poznawałem nie tylko tajemnice wojskowości, ale także samego siebie. Dyscyplina, obowiązkowość, praca zespołowa, to tylko niektóre elementy pozostające we mnie już na zawsze. Czas edukacji był bardzo intensywny, zarówno jeśli chodzi o sprawność fizyczną, jak i umysłową. Przyszliśmy tam jako młodzi nieokrzesani podchorążowie, a wyszliśmy oficerami z ukształtowanym wojskowym charakterem. Z przyjętych 350 na pierwszym roku pozostało nas 260, po czterech latach studiów. To był czas hartowania charakterów. Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Zmechanizowanych była dla nas prawdziwą szkołą życia.

 

Żołnierz to taki fizyczny superman, a jak jest z psychiką żołnierza, szczególnie tego, który wyjeżdża na misje?

- Służba wojskowa ma ogromny wpływ na kształt naszej psychiki, ponieważ bardzo często wiąże się ona z wychodzeniem ze strefy komfortu. Wyjazdy na misje są trudnym czasem nie tylko ze względu na rozłąkę z rodziną i bliskimi, ale przede wszystkim ze względu na zagrożenia i związany z nimi stres. Na pewno wszystkie nasze niepowodzenia, ale także trudne sytuacje, wzmacniają psychikę. Myślę, że tutaj bardzo duże znaczenie ma osobowość danego człowieka, niekoniecznie żołnierza, ponieważ każdy z nas w swoim życiu znajduje się nie raz w sytuacjach niekomfortowych lub ponosi porażki. Każde podniesie się po upadku sprawia, że jesteśmy silniejsi i bogatsi o nowe doświadczenia. Myślę, że dzięki misjom te procesy zostają przyspieszone, a poprzez radzenie sobie z trudnymi do przewidzenia sytuacjami, na które często nie mamy wpływu, nasza psychika zostaje wzmocniona. A świadomość bycia dowódcą, konieczność radzenia sobie nie tylko ze swoimi emocjami, powoduje jedynie, że musimy być silniejsi niż nam się wydaje.

 

Porozmawiajmy o używaniu broni w misjach pokojowych. Chodzi o to, by jej nie używać, ale znane są sytuacje choćby z filmów o konflikcie w Rwandzie, kiedy jest to konieczne.  

- Zadaniem każdego żołnierza jest właściwe posługiwanie się bronią, jednakże jej użycie jest ostatecznością. W misjach pokojowych dążymy zawsze do deeskalacji konfliktów. Dlatego bardzo ważne jest właściwe przygotowanie każdego, kto wyjeżdża poza granice naszego kraju. Mam tutaj na myśli zarówno szkolenie bojowe, jak i kulturowe. Życie ludzkie jest wartością nadrzędną i dlatego zawsze należy dążyć do jego ochrony. Trzeba pamiętać, że niewłaściwy gest, czy zachowanie może doprowadzić do zburzenia dobrych relacji i sprowadzić na żołnierzy niebezpieczeństwo. Dlatego mając na uwadze poszanowanie innych religii, tradycji, czy kultur, dążymy do wprowadzania pokoju w miejscach, które zostały dotknięte niesprawiedliwością wojny.

Bardzo ważnym elementem podczas każdej misji jest jej mandat, czyli dokument określający cel naszego działania i zadanie, które mamy wykonać. Dla żołnierza jest to priorytet, dlatego czasem staje przed dylematem, czy podjąć działanie, które mogłoby kogoś uratować, czy narazić na porażkę powodzenie danej operacji. W takich sytuacjach nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ani recepty. Myślę, że zdrowy rozsądek i siła charakteru podpowiadają jak zachować się w takich momentach.

 

Jak zareagowała rodzina, gdy podjął Pan decyzję o pierwszym wyjeździe na misję?

- Wyjazd pierwszy raz w rejon misji, gdzie ryzyko utraty zdrowia i życia jest dużo większe niż w kraju, jest obarczony pewną niepewnością i strachem. Tak naprawdę nie wiedziałem, jak sobie wyobrazić działanie tam, w rejonie operacji. Nie wiedziałem, jak będzie wyglądała praca w aspekcie środowiska zewnętrznego, zagrożeń, ale i warunków atmosferycznych. Żona bez względu na to, że miała zostać sama z wszelkimi obowiązkami, dzieckiem, daleko od rodzinnego domu, bez żadnej pomocy, bez wahania powiedziała, że to jest moja i praca i rozumie, to że to jest dla mnie najważniejsze. Nie miała żadnych wątpliwości, że wiąże się to z moim rozwojem zawodowym. Bez żony nie osiągnąłbym tak wiele, a kariera nie rozwijałaby się tak dobrze. Jest zawsze dla mnie nieocenionym wsparciem.  

 

Czego nie mogło zabraknąć w Pana plecaku towarzyszącym Panu na misjach?

- Zawsze byłem niezwykle pragmatyczny. Starałem się zabierać wszystko, co mogłoby mi pomóc przetrwać ten czas, począwszy od leków, skończywszy na igle z nitką. Kolejne misje powodowały jedynie to, że bagaż stawał się coraz lżejszy. Oprócz mundurów i wyposażenia wojskowego, zawsze zabierałem zdjęcia najbliższej rodziny – żony i dzieci. Zabierałem również książki, czasopisma, ale i ulubione filmy, które umilały mi czas.

 

Za czym żołnierz najbardziej tęskni poza granicami kraju?

- Myślę, że każdy żołnierz mógłby na to pytanie odpowiedzieć inaczej. Osobiście najbardziej odczułem brak moich najbliższych, szczególnie żony i dzieci. Kiedy spędza się z rodziną tak dużo czasu, to później kilkumiesięczna rozłąka jest trudna. Ponadto bardzo często tęsknimy za polskim jedzeniem i za codziennością. Po powrocie cieszy każda zwyczajna czynność, jak chociażby wyjście na zakupy, czy możliwość przygotowania obiadu w domowym zaciszu.

 

 Jak wyglądają święta z dala od rodziny?

- Jak wspomniałem, wykonywanie zadań z dala od rodziny jest trudne, jednakże ta rozłąka jest niejako wpisana w służbę wojskową i zarówno my, jak i nasi bliscy zdają sobie z tego sprawę. Oczywiście łączymy się z rodzinami za pomocą komunikatorów, lecz nie zawsze było to takie proste, ponieważ np. w Iraku, czy w Afganistanie mieliśmy tylko kilka minut dziennie na telefon do Polski. Teraz jest dużo lepiej. Podczas misji to żołnierze kontyngentu stają się naszą rodziną. Każdy stara się angażować w przygotowania świąteczne. Jedni ubierają choinkę, inni lepią pierogi, jeszcze inni przygotowują jakieś ozdoby świąteczne, tak by chociaż przez chwilę poczuć tę niezwykłą atmosferę. Należy jednak pamiętać, że priorytetem jest wykonywanie zadań, więc część żołnierzy pełni służby na posterunkach, inni wyjeżdżają na patrole, zatem chyba dla każdego z nas ten świąteczny klimat jest ważny, żeby móc zatrzymać się choć na chwilę i złapać oddech.

 

Przeskoczmy teraz do czasu, gdy został Pan komendantem Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych na Bukówce. Jakie wówczas towarzyszyły Panu emocje?

- Nigdy nawet nie marzyłem o tym, żeby móc być komendantem tak elitarnej jednostki. Kiedy starałem się dostać do niej w 2003 roku, pomimo spełnienia wszelkich wygórowanych wymagań, nie udało mi się. Po niemalże 15 latach zostałem Komendantem tej jednostki. Czułem niesamowitą radość i dumę, ale również obawę. Obawę przed tym czy podołam i czy sprawdzę się na stanowisku, ale także przed zakresem obowiązków. Wszystko co nowe powoduje pewnego rodzaju strach, do momentu jego nieokiełznania.

Z drugiej strony pomyślałem, że będę mógł budować potencjał tej jednostki przez pryzmat swojego doświadczenia i wizji jaką miałem.

 

Kapituła Nagrody „Buzdygany” uhonorowała Pana „za budowanie więzi między wojskiem, a lokalną społecznością”. To oczywiście dotyczy Pana działalności w rodzinnym mieście, ale też samej istoty misji pokojowych.

- Budowanie więzi między wojskiem a lokalną społecznością można traktować dwojako, utożsamiając ją z mieszkańcami naszego regionu, gdzie znajduje się Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych oraz myśląc o lokalnych społecznościach miejsc, w których służymy poza granicami naszego państwa. Dlatego wspomniana współpraca cywilno-wojskowa, czyli CIMIC (civil-military cooperation) odnosi się do wszystkich wymienionych przeze mnie aspektów. To pokazuje jak szeroka jest działalność naszej jednostki i jak zróżnicowane są zadania wykonywane przez żołnierzy.

 

Jest to również nagroda za „za profesjonalne przygotowanie polskich żołnierzy i pracowników wojska do służby na misjach zagranicznych, za organizowanie Międzynarodowych Kursów Obserwatorów Wojskowych oraz kultywowanie tradycji Polskich Kontyngentów Wojskowych”.

- Niezwykle istotna podczas każdej misji jest świadomość międzykulturowa i właśnie na ten aspekt kładziemy największy nacisk. Ponadto nasi kursanci mają zajęcia m.in. z negocjacji, mediacji, Międzynarodowego Prawa Humanitarnego Konfliktów Zbrojnych, pracy z tłumaczem, przemocy seksualnej w konfliktach zbrojnych, równości płci oraz praktycznego wykorzystania zdobytych doświadczeń.

Jest wiele nauk praktycznych, są organizowane m.in. scenki na których trzeba nauczyć się rozmawiać z miejscowym przywódcą.

 

Jak one wyglądają?

- Wszystkie zajęcia praktyczne zostały stworzone na bazie realnych scenariuszy. Korzystając z naszych obserwacji i doświadczeń tworzymy sytuacje, w których żołnierze mogą się znaleźć podczas wykonywania zadań na misji. Podczas zajęć praktycznych możemy zweryfikować przyswojenie wiedzy teoretycznej i jej właściwe wykorzystanie. Do każdej scenki przygotowany jest scenariusz, z którym kursanci się zapoznają. Następnie dostają informacje dotyczące danego spotkania i ich rozmówcy oraz zadanie, które należy wykonać. Po drugiej stronie stają najczęściej żołnierze odgrywający lokalną społeczność, ale zdarzają się także studenci, np. arabistyki lub żołnierze amerykańscy, stacjonujący w naszej jednostce. Dzięki temu możemy sprawdzić nie tylko ich zdolności komunikacyjne, czy znajomość podstawowych zasad kulturowych, ale także umiejętność pracy w zespole z wykorzystaniem tłumacza. Mamy także salkę afgańską, która przypomina realne warunki jakie panują w tamtej części świata, a dzięki strojom, w które przebierają się osoby odgrywające, np. lokalnego przywódcę, realizm takich zajęć jest bardzo duży.

 

Czy wyobraża sobie Pan sytuację, w której żołnierze zaprzestaliby wyjazdów na misje?

- Uważam, że dzięki misjom zagranicznym Wojsko Polskie rozwinęło się pod każdym możliwym względem, począwszy od doświadczenia, poprzez procedury działania, nowe czy zmodyfikowane uzbrojenie, skończywszy na szkoleniu. Misje pozwalają sprawdzić nasze umiejętności w realnym działaniu. Udział w operacjach poza granicami państwa pozwala rozwijać Siły Zbrojne w aspekcie nowych pojawiających się zagrożeń środowiska nie tylko wojskowego, ale również coraz bardziej angażującego uwagę środowiska cywilnego. Zaprzestanie wyjazdów byłoby jednoznaczne ze stagnacją, co nie powinno nigdy nastąpić. Udział naszych żołnierzy w operacjach ONZ, NATO, Unii Europejskiej czy koalicyjnych, pozwala na rozwój strategii bezpieczeństwa państwa, zwiększanie zdolności Sił Zbrojnych do prowadzenia operacji, ale przede wszystkim pozwala na budowanie potencjału obronnego naszego kraju.

 

Co, poza armią, jest Pana pasją? Jak się Pan w niej rozwija?

- Zamiłowanie do sportu od zawsze było ważną częścią mojego życia. Bardzo lubię wszelkie sporty zespołowe, ale praca na siłowni również daje mi dużo satysfakcji. Uwielbiam także jazdę na rowerze. Czasami z rodziną wybieramy się na wycieczki rowerowe, a będąc na wakacjach rowery są nieodzownym elementem większości wypraw. Generalnie każda aktywność fizyczna i podnoszenie dzięki niej poziomu endorfin to nieodzowny element mojego życia codziennego.

Oprócz tego bardzo lubię podróżować. Odwiedziłem już praktycznie wszystkie kontynenty i każdy z nich zachwyca swoim pięknem. Odkrywanie nowych miejsc, poznawanie innych kultur i tradycji są dla mnie nieocenioną wartością, której nie doświadczymy ucząc się lub czytając z książek. Dopiero przeżywanie konkretnych sytuacji lub obcowanie z naturą, daje mi poczucie ogromnej radości i sprawia, że każdego dnia chcę szukać czegoś więcej, poznawać nowe miejsca i odkrywać to, czego jeszcze nie widziałem. Powiedzenie, że „podróże kształcą” jest bardzo trafne i prawdziwe, bowiem z każdego wyjazdu wraca się innym, odmienionym, bardziej doświadczonym człowiekiem. Rozwój człowieka opiera się na przekraczaniu tego co potencjalnie nieosiągalne, w każdej dziedzinie naszego życia.

 

I na koniec: co jest najbardziej fascynujące w byciu żołnierzem?

- Uważam, że bycie żołnierzem to zaszczyt. Fakt, że służymy Ojczyźnie jest nie tylko wyróżnieniem, ale przede wszystkim dużym zobowiązaniem. Praca z drugim człowiekiem, wspólne przeżywanie radości i smutków, strachu i dumy z odniesionego sukcesu, jest niesamowitym uczuciem, ponieważ zawsze dzielimy je z kimś – mam tutaj na myśli swoich współtowarzyszy broni. Podejmowanie nowych wyzwań oraz dążenie do ciągłego doskonalenia się w swoim fachu daje ogromną satysfakcję, a noszenie biało-czerwonej flagi na ramieniu przypomina zawsze o niepodległej Ojczyźnie, której służymy.

Rozmawiała Monika Miller 

PAWEŁ CHABIELSKI

Urodził się 25 września 1973 roku w Kielcach. Służbę wojskową rozpoczął w 1996 roku jako podporucznik na stanowisku dowódcy plutonu w 20. Brygadzie Zmechanizowanej w Bartoszycach. Później przeszedł do Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych, z którym związał się na dłużej. Początkowo szefował sekcji logistyki w Jednostce Ogólnego Wsparcia Współpracy Cywilno-Wojskowej, potem kierował Wydziałem Szkolenia. Ostatecznie, w listopadzie 2017 roku, został komendantem Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych. Pułkownik Paweł Chabielski uczestniczył w pięciu misjach zagranicznych. Był w Iraku, trzykrotnie w Afganistanie oraz w Republice Środkowoafrykańskiej. W 2020 roku uzyskał tytuł doktora na Wydziale Prawa i Nauk Społecznych na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach. Jego praca dotyczyła współpracy cywilno-wojskowej.

Reklama